Przyszłość oprogramowania w 2026 roku: Dystrybucja i koniec przeciętności
Tworzenie oprogramowania zamienia się w towar masowy szybciej, niż komukolwiek się wydawało. Praktycznie każdego dnia zerkam na serwisy takie jak X (dawny Twitter) czy LinkedIn i widzę, jak ktoś chwali się nową aplikacją. Narzędzia kalendarzowe przypominające Calendly, klony aplikacji do notatek w stylu Notion czy wielkie systemy rezerwacyjne, wszystko to jest stawiane w przysłowiowe trzydzieści minut w asyście Claude Code i innych modeli sztucznej inteligencji. Tworzenie prostego, funkcjonalnego kodu przestało być wyzwaniem. Pracując w IT od dwudziestu lat widziałem już wiele transformacji, ale to, z czym dzisiaj mamy do czynienia, całkowicie odwraca do góry nogami układ sił biznesowych.
Mając za sobą długie lata projektowania rozwiązań cyfrowych, postanowiłem na spokojnie usiąść, wziąć głęboki oddech i spisać wszystkie kluczowe przemyślenia. Przeanalizujemy sobie w tym długim, ale konkretnym wpisie, do czego to wszystko tak naprawdę zmierza. Spójrzmy prawdzie w oczy: rynek diametralnie się zmienia, a te osoby, które tego na czas nie zrozumieją, niestety pożegnają się ze swoimi firmami.
Jak budowało się aplikacje SaaS przed AI
Zanim w ogóle zanurkujemy w to, co przyniesie nam 2026 rok, cofnijmy się na moment w przeszłość. Jeszcze całkiem niedawno wymyślenie własnego produktu SaaS (Software as a Service) łączyło się z długimi miesiącami bardzo kosztownej pracy inżynierów. Jeśli miałeś tylko pomysł na nową platformę wspierającą w biurze pracę zespołową, musiałeś zarezerwować potężny budżet na same fundamenty.
Trzeba było zatrudnić dobrego programistę backendowego (który zadbałby o bazy danych i serwery), świetnego front-enda, by aplikacja nie straszyła wyglądem, i przynajmniej specjalistę od chmury czy bezpieczeństwa, bo nikt z korporacji nie kupi dziurawego systemu. Wytworzenie pierwszej wersji, mówimy na nią popularnie MVP, czyli minimum funkcjonalny projekt, pochłaniało nierzadko oszczędności całego życia. Kod był barierą, ścianą trudną do przeskoczenia dla przeciętnego zjadacza chleba z fajnym biznesowym pomysłem, a każdy pracujący, dobrze skalujący się system webowy był nagradzany zachwytem rynku. Mówiło się wtedy: “Wow, komuś udało się to napisać, działa stabilnie, szanuję.”
Jak AI obniża barierę wejścia w tworzenie aplikacji
Z początkiem ekspansji dużych modeli językowych (takich jak GPT-4 czy silniki z rodziny Claude), sytuacja uległa ogromnemu, historycznemu wręcz przesileniu. Nagle okazało się, że “pisanie kodu” przestało być supermocą wyłącznie dla nielicznej garstki wykształconych i bardzo drogich w utrzymaniu inżynierów. Narzędzia potrafią dziś złożyć do kupy aplikację w oparciu o naturalny język, po prostu prosisz model o to, by zrobił za ciebie daną rzecz, i on ją robi. Buduje ekran logowania w pół minuty, podłącza bazę danych w kolejne dziesieć minut. Autonomiczni agenci potrafią dziś sami naprawiać błędy kompilacji czy szukać problemów w logach serwerowych szybciej niż jakikolwiek junior w twoim dziale IT.
W konsekwencji bariera wejścia do tworzenia produktów cyfrowych przestała w zasadzie istnieć. Czy programowanie umarło? Absolutnie nie! Ono tylko zmieniło poziom rzemiosła z rzadkiej wiedzy specjalistycznej na towar komercyjny. Tak, jak dziś chleb kupujesz w osiedlowym sklepie, a nie hodujesz zboża na własnym polu i nie mielisz mąki na żarnach. Kodowanie zostało zdemokratyzowane do niesamowitych, niewyobrażalnych wcześniej poziomów. Tłumy “nie-technicznych” świetnych założycieli (founderów) potrafią w krótkie zaledwie dwa popołudnia od startu zaprezentować światu swój mały, działający i bardzo schludny serwis dla kilkuset użytkowników. Koszt wytworzenia takiej wejściowej technologii zjechał lawinowo do parteru. Brzmi to pięknie dla osób chcących otworzyć własny interés, ale jest to jednocześnie głośny alarm dla established, starych firm rynkowych bazujących na wyzysku swoich wyrobionych pozycji, o czym za chwilę poopowiadamy.
Jak bardzo wzrosną oczekiwania użytkowników w 2026 roku
Musimy poruszyć dość brutalny punkt całej dyskusji. Kiedyś zachwycaliśmy się klockowatymi układami graficznymi, cieszyliśmy się jak małe dzieci, że strona w ogóle ładuje się na czas i że guziki reagują bez wyraźnego wywalenia błędu serwera. Dekadę temu uśmiechaliśmy się z politowaniem na wspomnienie tego, jak oprogramowanie wyglądało na przełomie wieków. Dzisiaj uśmiechamy się z politowaniem, na widok programów sprzed pięciu krótkich lat.
Za dosłownie dziesiątki miesięcy, pod koniec tego 2026 roku, ludzie będą autentycznie obnosić się z rechotem komentując to, z jakiego topornego programowania korzystamy aktualnie dzisiaj, w tym momencie. Standard tego, co będziemy uznawać za “świetnie zaprojektowany, ładny oraz ultraresponsywny system używany przez miliony” drastycznie pójdzie w górę. Programy nie będą mogły zacinać się nawet na mikrosekundę; doświadczenia obcowania (UX) z apikacjami zbliżą się wręcz idealnie do intuicji magicznych asystentów, a jakiekolwiek błędy projektowe będą dla aplikacji absolutnie śmiertelne. Klient, przyzwyczajony do wysokiej wydajności, z nieprawdopodobną prędkością odinstaluje nową apkę po zaledwie pierwszym minimalnym nieintuicyjnym potknięciu paska ładowania. Ponieważ stworzenie pięknego wyglądu to dzisiaj jeden jedyny promp (polecenie tekstowe dla asystenta chatbota), my jako użytkownicy szybko staliśmy się niezwykle rozbestwieni, niewdzięczni i boleśnie brutalni w opiniowaniu dla wszelkich innowatorów ułomnych biznesów błądzących po obrzeżach dobrego smaku. Koniec z taryfą ulgową na “problemy wieku dziecięcego” po debiucie rynkowym. Jeśli coś ma rynkowo przetrwać, musi wyglądać zjawiskowo od pierwszej godziny.
Czy SaaS odejdzie od opłat per seat
Popyt na rozwiązania nie zniknie. Świat nadal z opóźnieniem chłonie w siebie informatyzacje i wszystkie te korporacje, małe fabryki czy firmy na kółkach w logistyce niezłomnie potrzebują i ulepszają swoje softy. SaaS (jako znany wszystkim biznesowy model chmurowy, czyli płacisz co miesiąc abonament za wybrane dobro i nie musisz mieć firmowych serwerów) doskonale i dzielnie przetrwa. Być może straci trochę pozycję standardowego abonamentu opartego wyłącznie na pobieraniu denerwujących opłat od przysłowiowego “nowego miejsca pracy pracownika” (słynny “pay per seat” - płatne za użytkownika). Dlaczego? Głównie dlatego, że to starzejący się absurd. Dlaczego płacić za kogoś stanowisko, skoro owo miejsce i stanowisko można przecież wyparowane wygasić masowym automatem uciekając się znów to agentów cyfrowych nie chodzących na urlopy? Nowy system rozliczeń ukierunkuje się sztywno wyłącznie na ostateczną wartość dostarczaną odbiorcy (pay for outcome).
Którzy dostawcy SaaS już rozliczają się za wynik
Odejście od rozliczeń wyłącznie za stanowisko widać już w cennikach dostawców, choć wygląda to raczej na model mieszany niż na czyste zerwanie z przeszłością. Dwa publiczne przykłady, według stron samych dostawców z 14 października 2026:
| Dostawca | Produkt z agentem | Opłata za użycie | Opłata za stanowisko, nadal w cenniku |
|---|---|---|---|
| Intercom | agent AI Fin | 0,99 USD za wynik (outcome) | stanowiska helpdesku po 29, 85 lub 132 USD miesięcznie za stanowisko |
| Salesforce | Agentforce | 2 USD za rozmowę albo Flex Credits po 500 USD za 100 000 kredytów, przy czym jedna akcja zużywa 20 kredytów | licencja użytkownika Agentforce za 5 USD miesięcznie za osobę, dodatki po 125 USD |
Intercom liczy wynik wtedy, gdy klient potwierdzi rozwiązanie problemu, przestanie prosić o pomoc po odpowiedzi Fina albo gdy Fin zakończy proces, łącznie z przekazaniem sprawy człowiekowi, i pobiera opłatę raz na rozmowę (cennik Intercom, dostęp: 14.10.2026). Salesforce kieruje cenę za rozmowę do agentów obsługujących klientów i zaznacza, że w jednej organizacji nie da się łączyć Flex Credits z rozliczeniem za rozmowy (cennik Agentforce, dostęp: 14.10.2026). Obie strony zastrzegają, że kwoty mogą się zmienić.
Dla małego SaaS wynikają z tego dwie rzeczy. Po pierwsze, jednostka rozliczenia musi być czymś, co klient policzy u siebie: rozwiązane zgłoszenie, przetworzona faktura, zarezerwowana przesyłka. Jeśli klient nie może sprawdzić tej liczby, cena za wynik zamienia się w comiesięczny spór. Po drugie, żaden z tych dostawców nie zrezygnował ze stanowisk. Osoba nadzorująca agenta nadal płaci za dostęp, a praca agenta jest rozliczana osobno. Założyciel wyceniający niszowy produkt w 2026 roku może skopiować ten układ, zamiast stawiać cały biznes na jeden model.
Jak mały SaaS konkuruje z gigantami w niszy
Odkąd jestem w biznesowych kręgach technologicznych, widzę jeden bezlitosny, stały, paraliżujący wzór powielającego się strachu. Starsi czytelnicy przytakną zapewne szybko ze zrozumienia głową, bo przez pokolenia był to nieśmiertelny, wszechwładnie wielki Google; czasami potężny Facebook czy Apple. Dzisiaj tego potwora pod łóżkiem i strzygę inwestorską nazywamy w skrócie AI.
To lęk, że za marną krótką chwilę wszechwiedząca centrala Doliny Krzemowej zwyczajnie zapragnie twojego przytulnego biznesowego poletka i wejdzie weń wielkimi butami, z impetem kosząc na drodze absolutnie całą lokalną opozycję. A z moich ponad dwudziestoletnich życiowych i pracowniczych doświadczeń wynika na razie dobitnie jedno zjawisko. Ten starodawny wyścig nadal da się bardzo konkretnie ugrać. Giganci zawsze powielają schemat masowych molochów ze szklanych oszklonych boksów. Koncentrują wysiłki ogólnie - dla mas. Mniejsze ekipy zręcznych, sprytnych deweloperów nadal znajdą absolutne oceany pieniędzy ukryte sprytnie w tysiącu niezagospodarowanych szczelin potężnego globalnego zapotrzebowania, rozwiązując nudne i szare rynkowe codzienne udręki w setkach mniejszych czy prężnych, bardzo opłacalnych gałęziach światowej gospodarki. W tych starciach wygrywają zazwyczaj mniejsi o szybszych rękach i lepszym posłuchu rynkowym u sąsiadów - mimo że nad ich głowami latają bojowe smoki potężnych miliarderów.
Czym jest software slop i dlaczego przegrywa
Jeden trend warto obejrzeć dokładniej, bo jest skutkiem ubocznym wszystkiego, co opisałem wyżej. Skoro napisanie działającej aplikacji kosztuje prawie nic, rynek zapełnia się tym, co w slangu nazywa się “software slop”: aplikacjami wypuszczanymi szybko, masowo i bez rozwiązania czyjegokolwiek prawdziwego problemu.
Programista z LLM-em może zbudować aplikację w jeden wieczór i tej samej nocy wrzucić ją do sklepu. Kusi więc, żeby pominąć pytanie, kto jej właściwie potrzebuje. Powstaje kolejny klon Notion albo kolejny ładny notatnik z przyciskiem czatu AI na górze, zbudowany w nadziei, że ludzie się zachwycą i zapłacą. Efekt ma zwykle gorsze wsparcie i dużo mniej możliwości niż produkt, który miał zastąpić. Rynek nie potrzebuje kolejnego ładnie animowanego ekranu logowania zrobionego w weekend. Wciąż brakuje mu konkretnych narzędzi dla księgowości, transportu i innej mało efektownej pracy. Aplikacje typu slop ignorują te nudne realia, konkurują wyglądem i nie mają odpowiedzi na pytanie, dlaczego klient miałby zostać. Firma, która płaci rachunki, nie ma cierpliwości do narzędzi zrobionych szybko i bez jasnego pomysłu na realny problem.
Jak zbudować przewagę SaaS, której nie da się sklonować
W 2026 roku ładny interfejs sam w sobie nie jest przewagą. Każdy może wygenerować i skopiować ekrany, tak jak studenci kopiują sobie nawzajem projekty do portfolio.
Wartość firmy leży w tym, czego sklonowany interfejs nie zawiera. Po pierwsze operacje: codzienna praca z ludźmi w terenie, której żaden model nie wykona z klawiatury. Po drugie zaufanie: relacje z kupującymi i decydentami w większych firmach, budowane przez wiele negocjacji. Po trzecie dane: lata zbieranych, konkretnych informacji o tym, jak naprawdę przebiega dany proces. Razem tworzą fosę, której nowicjusz z generatorem kodu i bez kapitału nie przekroczy łatwo. Moim zdaniem bezpieczniejszy kierunek dla firmy programistycznej to nie kolejna aplikacja rezerwacyjna dla konsumentów, ale produkty dla biznesu i dużych firm (B2B), gdzie te bariery ważą najwięcej i dają produktowi stabilność na lata.
Dlaczego dystrybucja jest ważniejsza niż kod w 2026
Skoro napisanie i dowiezienie technologii nie decyduje już o sukcesie, to co decyduje, kiedy aplikację da się wygenerować w dwa wieczory przed premierą?
Moja odpowiedź: dystrybucja. Gdy rynek jest pełen niemal identycznych kopii, wąskim gardłem staje się dotarcie do klienta: zdobycie jego uwagi i zbudowanie marki, którą ludzie rozpoznają i której ufają. Tysiące podobnych produktów konkurują ramię w ramię i tylko systematyczny, dobrze finansowany marketing oraz zasięg stawiają produkt przed ludźmi, którzy by go kupili. Kod bez zasięgu zostaje zapomniany, nawet jeśli jest dobry.
Jak trafić do rekomendacji asystentów AI
Sama dystrybucja też się zmienia. Użytkownicy nie klikają już w sponsorowane kafelki i boczne banery tak, jak robili to na Facebooku i w starszych sieciach reklamowych piętnaście lat temu.
Rośnie nowy kanał: asystenci AI i optymalizacja pod nich. Liczy się tam nie płatne miejsce na szczycie rankingu, tylko to, czy produkt jest wymieniany na tyle często i wiarygodnie, żeby asystent odpowiadający milionom ludzi wybrał go i polecił w oknie czatu. Często nazywa się to “AI SEO”, a reklamy w asystentach to kolejny krok. Dalej spodziewam się rynku, na którym systemy firm kupują subskrypcje przez zautomatyzowanych agentów, bez człowieka opóźniającego decyzję. Agent mógłby sam dokupić dziesięć licencji usługi, a klasyczne budżety na zasięg miałyby przy takiej sprzedaży mniejsze znaczenie.
Jak agenci AI będą kupować produkty w imieniu użytkowników
Teza, że zautomatyzowani agenci będą finalizować zakupy bez człowieka klikającego w koszyk, ma już za sobą opublikowane specyfikacje. We wrześniu 2025 pojawiły się dwa otwarte protokoły:
- Agent Payments Protocol (AP2), ogłoszony przez Google 16 września 2025. Rozszerza protokół Agent2Agent (A2A) i działa obok Model Context Protocol. Opiera się na kryptograficznie podpisanych upoważnieniach (mandates): Intent Mandate zapisuje, o co prosił użytkownik, razem z regułami takimi jak limit ceny i termin, a Cart Mandate zapisuje dokładne produkty i cenę zatwierdzone przez użytkownika. Google wymienia ponad 60 organizacji współpracujących przy protokole (blog Google Cloud).
- Agentic Commerce Protocol (ACP), opublikowany przez Stripe i OpenAI 29 września 2025 na licencji Apache 2.0. Pierwszym zastosowaniem był Instant Checkout w ChatGPT, od startu dostępny dla amerykańskich sprzedawców z Etsy, z kupcami Shopify zapowiedzianymi jako kolejna grupa (blog Stripe).
Oba protokoły zaczęły od handlu detalicznego, nie od subskrypcji B2B, więc agent samodzielnie kupujący licencje na oprogramowanie to nadal prognoza. Kierunek ma jednak znaczenie dla dostawców oprogramowania: agent kupi tylko to, co potrafi odczytać. Produkt, którego plany, limity i warunki istnieją wyłącznie w rozmowie handlowej albo w pliku PDF, jest dla tego kanału niewidoczny. Produkt z publicznym, uporządkowanym opisem tego, co robi, ile kosztuje i co dostaje kupujący, może zostać porównany i wybrany przez maszynę działającą w granicach upoważnienia podpisanego przez użytkownika. To ten sam problem dystrybucji, o którym mowa wyżej, przesunięty o krok bliżej płatności.
Podsumowanie
Generowanie kodu przez AI sprawia, że rynek zaleje przeciętne, skopiowane oprogramowanie. Obrona jest taka sama w każdym segmencie: zrozumieć biznes, któremu się służy, zbudować bariery, których klon nie skopiuje (operacje, zaufanie, dane), i inwestować w dystrybucję. Żeby nie utonąć w masie tanich kopii, trzeba budować relacje wokół realnych potrzeb klienta i celować w głębsze rejony branży, gdzie ugruntowane relacje B2B chronią przed botami kopiującymi produkty dla masowego rynku. Bylejakość tej zmiany nie przetrwa. Produkty oparte na prawdziwych relacjach w dobrze wybranych niszach przetrwają.
Skoro sama implementacja tanieje, przewagę daje dystrybucja i znajomość konkretnej niszy, a nie kolejny klon istniejącego produktu. Jeśli budujesz taki produkt na WordPressie, możemy wziąć na siebie część techniczną jako zespół deweloperski WordPress.







